» Polska 2010 - cd, czyli może ktoś trzeci


Polska 2010 –
cd, czyli może ktoś trzeci,


czyli co nas czeka w polityce i gospodarce?


Każdy rok, w którym odbywają się wybory prezydenckie, najbardziej prestiżowe i wyznaczające najbardziej trwały bo na 5 lat punkt na mapie politycznej Polski, jest ważny i ciekawy. Wszystko co będzie się działo w tym roku w polskiej polityce, będzie podporządkowane właśnie tym wyborom. Wszystkie inicjatywy polityczne i gospodarcze rządu i opozycji, będą podporządkowane prezydenturze, a kandydaci na ten reprezentacyjny urząd będą głównymi, aż do znudzenia postaciami życia publicznego. To właściwie rozpoczęło sie tuż przed grudniowymi świętami.


LEWICA CIĄGLE LEWA


Aleksander Kwaśniewski miał wielkie możliwości stworzenia w Polsce lewicy z prawdziwego zdarzenia, takiego mixtu nowoczesnej lewicy liberalnej z najzdrowszą tkanką lewicy postkomunistycznej, której był reprezentantem. Nie uczynił tego być może z lenistwa, być może ze zbytniej pewności siebie. Później podobną szanse od historii otrzymał Leszek Miller. Był taki moment, że lewica pod jego wodzą miała ponad 50% zaufania społecznego. Niestety nie okazał się zbyt silnym  liderem, nie potrafił powstrzymać afer i wojen frakcyjnych i swoją szansę zaprzepaścił.


Podobnych szans nie otrzymują Napieralski i Olejniczak. Pomimo zarzartych wewnętrznych bojów, czyli wbrew pozorom, świetnie się uzupełniają. Mają jednak podobny problem. Nie posiadają osobowości lidera. Są
zdolnymi politykami, ale nie będąc porywającymi liderami nie są w stanie zbudować lewicy z prawdziwego zdarzenia. Nie pomoże im także to, że z racji mocznikowych nie mają korzeni i przyzwyczajeń postkomunistycznych. Ważniejsze
jednak, że nie potrafią przedstawić lewicowego programu naprawy Polski. Ciągle bardziej wiarygodni w głoszeniu haseł socjalnych są Kaczyńscy, którzy w ogromnej mierze przejęli właśnie elektorat tęskniący za rozwiązaniami
gospodarczymi i społecznymi z poprzedniej epoki.

Wiarygodność wobec elektoratu ma w polityce podstawoweznaczenie. Stąd SLD dokonało w jakimś sensie wyboru mniejszego zła, czy rozwiązaniatymczasowego. Wystawienie w wyborach prezydenckich Jerzego Szmajdzińskiego maza zadanie jedynie utrzymanie stricte lewicowego i postkomunistycznego elektoratu. Jest defensywnym ruchem na dziś, a nie na przyszłość. Nie zbuduje tego lewicowego elektoratu także Tomasz Nałęcz, choć z punktu widzenia

lewicowego jest reprezentantem bardziej ideowego i postępowego środowiska. Zapewne w przyszłości będącego podstawą nowej lewicy. Ani w najbliższych wyborach prezydenckich, ani parlamentarnych lewica w obecnym kształcie nie odegra poważnej roli.


Obecnie jedynie Aleksander Kwaśniewski i Włodimierz Cimoszewicz mieliby możliwość odbudowania lewicy w naszym kraju. Nie zrobią jednak tego. Kwaśniewski , jak się zdaje, ma amerykańską obietnicę otrzymania
międzynarodowego stanowiska. Cimoszewicz zraził się do lewicowych polityków, na tyle że nie jest w stanie z większością z nich współpracować. Jeszcze jakiś czas elektorat lewicowy będzie więc wybierał socjalny program Kaczyńskiego.


WIEŚ MA SAMYCH SWOICH


Waldemar Pawlak jest bardzo zdolnym i przebiegłym politykiem. Doskonale rozumie, że jeszcze przez pewien czas polska wieś będzie potrzebowała swojej partii, politycznego wsparcia polityki utrzymywania rozwiązań niekoniecznie dla wsi dobrych, za to zgodnych z przyzwyczajeniami społeczności utrzymujących się z pracy  i życia na
wsi. PSL musi wystawić swojego kandydata w wyborach prezydenckich po to, by przeprowadzić kampanię prowadzonej przez siebie polityki, by ponownie zjednoczyć PSL-owski elektorat wokół partii, by podtrzymać zaufanie społeczne.


Trudno spodziwać się wyniku innego niż do 10% poparcia, a i tak wynik taki może uzyskać jedynie sam lider ludowców, jeśli zdecyduje się na kandydowanie. Można sobie co prawda wyobrazić sytuację rozszerzenia zaplecza
politycznego PSL-u, stworzenia z partii ludowej silnie obecnej na polskiej wsi, partii chadeckiej atrakcyjnej dla polski małomiasteczkowej i młodego pokolenia Polaków. Wymagałoby to otwarcia PSL-u na takie środowiska jak tworzona partia Dorna i Ujazdowskiego, czy ambitnej i wykształconej młodzieży.


Kampania prezydencka byłaby doskonałym pretekstem do pokazania zmienianego oblicza. Trudno przewidzieć jednak w jakim kierunku potoczy się ważna chyba tylko w tej polskiej partii wewnętrzna dyskusja i co dla stronnictwa zaproponuje premier Pawlak. Nietrudno przewidzieć, że partia Pawlaka może pozostać partią współrządzącą przez kolejne kadencje, wypełniając podobną funkcję do niemieckich liberałów, czy zielonych. Równie dobrze może
jednak zniknąć ze sceny politycznej.


KTO Z MAŁYCH UROŚNIE?


Po rezygnacji Donalda Tuska z kandydowania w tych wyborach prezydenckich rosną szanse „kogoś trzeciego”. Wątpliwe by rolę tę przejął poraniony Piskorskim Andrzej Olechowski, choć ze wzgledu na jego zdolności medialne i fakt, że media go lubią, pozostanie on przez długi czas liczącą się alternatywą. Trudno spodziewać się, aby Marek Jurek zebrał wielkie poparcie społeczne i inny niż strickte katolicki elektorat. Jak się zdaje taki też przede wszystkim jest jego cel: stać się ideowym i politycznym sumieniem katolików.


Zapewne kandydata wystawi Polska Plus. Gdyby nie zbyt  wczesne wystawienie Rafała Dudkiewicza przez to środowisko, i to wystawienie w wyraźnej opozycji wobec rozpoczynającej wówczas dopiero rządzenie Platformy
Obywatelskiej, byłby on doskonałym i zapewne od razu liczącym się kandydatem. Mógłby stać się ciekawą alternatywą dla Lecha Kaczyńskiego oraz odebrać część elektoratu PO. Nawet przejście do drugiej tury byłoby realne. Taki kandydat mógłby rozpocząć tworzenie nowego, liczącego się ośrodka politycznego wchodzącego klinem w dotychczasowy układ zarówno mniejszych partii SLD- PSL, jak i większych PO – PiS. Inny kandydat tego środowiska raczej nie odegra takiej roli.


Być może start któregoś z najlepszych samorządowców lub bisnesmenów mógłby naruszyć dotychczasowy układ społecznego paparcia. Już kiedyś Stan Tymiński wtargnął przebojem do drugie tury wyborów. Polacy mający
niskie zdanie o polskiej klasie politycznej pewnikiem daliby szansę komuś nowemu, interesującemu, świeżemu, komuś kto w innej sferze niż polityczna odniósł niezaprzeczalny sukces. Tacy ludzie jednak najczęściej omijają politykę wielkim łukiem.


ROK OBIETNIC

      

Wzorem amerykańskich kampanii prezydenckich, wszak z tych wzorów najbardziej czerpią polscy polityczni specjaliści od PR, kampania będzie długa i bardzo, bardzo ostra. Nic nikomu nie zostanie odpuszczone. Na
nikim przeciwnicy nie pozostawią „suchej nitki”. Kampania prezydencka będzie jak lokomotywa Brzechwy: „Najpierw powoli jak żółw ociężale....”, a później rozpędzi się do niespotykanych dotychczas prędkości i  bedzie trwać aż do jesieni, gdy nasze kartki wyborcze ją zatrzymają. 


Początkowo kandydaci będą szczególnie skwapliwie realizować swoją misję na dotychczasowych stanowiskach. Prezydent wraz z całą rodziną będzie uśmiechnięty i nieprawdopodobnie miły i przyjazny, będzie spoglądał do nas życzliwie ze wszystkich kolorowych okłądek,  a „spieprzaj dziadu” zastąpi „kochany dziadusiu”. Zrobi w tym roku więcej niż przez poprzednie 4 lata. Marszałek lub minister też będą się dwoić i troić by pokazać, jak wiele dotychczas dokonali, jak bardzo dbają swoją pracą-misją o dobro Polski i Polaków. Pozostali kandydaci udowodnią, że mają talenty o jakie do tej pory nikt ich nie podejrzewał. Może nawet Olechowskiego tabloidy przyłapią na noclegu na sianie w najbardziej zapadłej polskiej wsi, a Szmajdziński wyda naukowy esej o podstawach lewicowych solidarnej Polski.


„Ostra jazda bez trzymanki” rozpocznie się dopiero jesienią. Wówczas na placu boju pojawią się materiały specjalnie przygotowane i zostawione na tę okazję przez byłe, obecne i przyszłe służby. Jestem przekonany, że sprawa dziadka Tuska i sprawa Sawickiej, będą wyglądały jak zabawy przedszkolaków w piaskownicy, przy tym co nas czeka jesienią. Dlatego  nikt nie jest bez szans i wszystko się może zdarzyć.



Kazimierz Marcinkiewicz



 Warszawa, 8 lutego 2010





» Polska 2010 – ani Tusk, ani Kaczyński,

czyli co nas czeka w polityce i gospodarce?

Każdy rok, w którym odbywają się wybory prezydenckie, najbardziej prestiżowe i wyznaczające najbardziej trwały bo na 5 lat punkt na mapie politycznej Polski, jest ważny i ciekawy. Wszystko co będzie się działo w tym roku w polskiej polityce, będzie podporządkowane właśnie tym wyborom. Wszystkie inicjatywy polityczne i gospodarcze rządu i opozycji, będą podporządkowane prezydenturze, a kandydaci na ten reprezentacyjny urząd będą głównymi, aż do znudzenia postaciami życia publicznego. To właściwie rozpoczęło się tuż przed grudniowymi świętami.

Możemy się więc spodziewać, że wszyscy politycy będą nas kochać i szanować jak nigdy dotąd. Wszyscy zagwarantują nam świetlaną przyszłość, mlekiem i miodem płynący kraj. Wszyscy będą zatroskani tylko o nasze sprawy.

GOSPODARKA MOCNO NIE UCIERPI

i to z prostego powodu: obietnice nie bolą, dotyczą przyszłości, a nie teraźniejszości. Nie nastąpi co prawda wprowadzenie reform dotyczących finansów publicznych, bardzo ważnych, nawet podstawowych dla szybkości przyszłego rozwoju gospodarczego naszego kraju. Nikt nie będzie zajmował się zbyt wielkimi sztywnymi wydatkami w budżecie, ani rosnącym deficytem, a tym bardziej reformą KRUS, czy wczesnymi emeryturami. Powód jest prosty: w Polsce wszyscy chcieliby być na wcześniejszej emeryturze. Mój kolega w podstawówce na pytanie do jakiej szkoły chciałbyś pójść zawsze odpowiadał, że do technikum emeryckiego. Jednak rok 2010 będzie dla polskiej gospodarki rokiem lepszym od minionego.

Można przewidywać utrzymanie inflacji na dotychczasowym poziomie, a w drugiej połowie nawet niewielki jej spadek. Wzrost gospodarczy nieco przyspieszy i będzie utrzymywał się w okolicach 2,5% PKB, a drugiej połowie roku przekroczy 3%. I będzie to zapewne znów najlepszy wynik w Europie. Nie pozwoli to jednak na powstrzymanie, choć powolne, wzrostu bezrobocia, najbardziej dokuczliwego dla całego społeczeństwa. Polski złoty powinien się nieco umacniać, ale moim zdaniem na szczęście nie tak znacząco jak przewidują niektórzy ekonomiści, więc granica 4 zł za Euro będzie cały rok aktualna. Ciągle głównym problemem pozostanie bowiem możliwość wzrostu długu publicznego do 55% PKB. Co prawda grozi nam to jedynie w przypadku jakichś europejskich lub światowych kataklizmów lub naszych wewnętrznych błędów, ale i takiego rozwoju sytuacji wykluczyć się przecież nie da.

PRYWATYZACJA I INWESTYCJE

Jeśli utrzyma się poziom wewnętrznej konsumpcji, co wydaje się pewne oraz utrzyma lub zwiększy poziom eksportu, możliwy ze względu na ciągle nie zły dla eksporterów kurs złotego, to polska gospodarka będzie powoli wracać do swojego dobrego 5-6% tempa wzrostu. Najważniejsze okaże się tempo i zakres prywatyzacji oraz wykorzystanie środków Unii Europejskiej do zwiększania inwestycji. O to ostatnie przestałem już się obawiać, bowiem wydawanie tych funduszy staje się samograjem. Do wydania jest 67 mld Euro, a potrzeb choćby infrastrukturalnych wskazywać nawet nie trzeba. Jestem pewnie, że wydamy je co do grosza.

Kto wie, czy od pracy ministra skarbu w tym roku nie będzie zależała kondycja polskiej gospodarki w najbliższym czasie. Prywatyzacja ma dwa cele: modernizację i restrukturyzację firm poprzez pozyskanie właściciela oraz przysporzenie dochodów budżetowi państwa. Tak wielka prywatyzacja w tak trudnych warunkach zewnętrznych świata gospodarczego dopiero wychodzącego z kryzysu nie jest łatwa, a osiągnięcie obu celów na dobrym poziomie jeszcze trudniejsze. Prywatyzacja może się powieźć, może przynieść potrzebnych budżetowi 30 mld zł, gdyż Polska stała się modna i przewidywalna, co w świecie gospodarczym czasem jest najważniejsze. Oczywiście przychody z prywatyzacji są jednorazowe, natomiast pozyskanie zdrowych właścicieli i restrukturyzacja przyniesie efekty dla polskiej gospodarki w przyszłości.

PO - EGZAMIN DOJRZAŁOŚCI

Jeszcze kilka miesięcy temu wiadomo było, że Platforma Obywatelska wygra wybory prezydenckie, a po nich parlamentarne i będzie pierwszą w Polsce partią rządzącą drugą kadencję. Miałoby to ogromne znaczenie zarówno dla ugruntowania systemu politycznego, obrazu Polski w Europie, ale także dla kontynuacji reform i zmian w polskiej gospodarce. Dziś nie jest to już takie oczywiste. PO dotknięte zostało „kryzysem rządzenia”. Władza deprawuje. Nikt nie jest na to dostatecznie mocno zaszczepiony.

Cały czas Donald Tusk ma największe szanse na zwycięstwo prezydenckie. Nie jest to już takie oczywiste w odniesieniu do innych kandydatów tego obozu. Choć ciągle namawiałbym do wystawienia Komorowskiego, czy Sikorskiego. Zwłaszcza Sikorski wygrałby z obecną Głową Państwa „w cuglach”. Inny niż Tusk kandydat PO miałby szansę odciążyć Polaków od zbyt długiego i nudnego, a momentami groteskowego już personalnego sporu Tusk-Kaczyński. Każdy z nich miałby podobne do Tuska możliwości zwycięstwa, a jednocześnie odciążaliby Platformę od koniecznych decyzji dotyczących sukcesji po Tusku.

Konflikt premiera z Grzegorzem Schetyną nie rozbije Platformy, są zbyt wytrawnymi graczami by do tego dopuścić. Osłabienie jest jednak widoczne i może mieć swoje perturbacje po wyborach prezydenckich. PO nie uniknie pokazania w trakcie kampanii dalszych losów swojej formacji. Pytania o to kiedy odbędą się wybory parlamentarne, kto po Tusku zostanie premierem, a kto liderem PO są jak najbardziej zasadne. Donald Tusk będzie musiał na nie odpowiedzieć, wskazać swojego sukcesora, czy sukcesorów, by wygrać wybory, by zapewnić stabilizację polityczną, by swoich wyborców przekonać do swoich decyzji dotyczących przyszłości PO. Wydaje się, że dziś jedynym kandydatem gwarantującym stabilne przejście PO do nowej sytuacji oraz utrzymanie partii rządzącej w całości byłby Grzegorz Schetyna. Sprawdził się on bowiem nie tylko jako współorganizator partii i rządu pod wodzą Tuska, ale także jako minister i wicepremier, a teraz – co prawda nieco poraniony - ma szansę pokazać swoją klasę jako szef klubu parlamentarnego.

W obecnej sytuacji premier może dojść do przekonania, że po osłabieniu PO i rządu jedynie on jest w stanie stawić czoła prezydentowi. To nie wykluczone. Ma on także osobiste porachunki i chęć odegrania się za przegraną z przed 5-ciu laty– to zrozumiałe. Oba argumenty mogą okazać się osobiście dla Donalda Tuska najważniejsze. Nie można byłoby takiemu rozumowaniu odmówić racjonalności.

Może jeszcze ważniejsze jest to, że sygnały płynące z Polski wymagają poważnego potraktowania. Jeśli dziś społeczeństwo daje rządzącym żółtą kartkę, co uwidaczniają sondaże brakiem zaufania do rządu, to szanujący społeczeństwo polityk bierze to pod uwagę. Tusk powinien przeprowadzić szeroką rekonstrukcję gabinetu. Nie tylko personalną, ale także programową. Polska i Polacy potrzebują nowych nadziei, nowego zrywu, nowego zaufania. Po przejściu przez kryzys gospodarczy prawie suchą nogą, ale będąc ciągle przed wielkimi wyzwaniami stojącymi przed Polską, powołanie rządu najznamienitszych osobistości oraz ludzi młodego pokolenia pod wodzą Donalda Tuska, rozszerzających dotychczasowe zaplecze PO, byłoby moim zdaniem rozsądnym rozwiązaniem.

Po poważnych zmianach personalnych i programowych, rozpoczynając z nowymi nadziejami modernizację naszego kraju, czy to Tusk, czy inny polityk tego ugrupowania spokojnie wygrałby wybory prezydenckie, a sama Platforma kolejne wybory parlamentarne. W moim przekonaniu prezydencja Unii Europejskiej w drugiej połowie 2011 roku powoduje, że polską racją stanu powinno być przyspieszenie wyborów parlamentarnych na wiosnę 2011 roku.

KACZYŃSCY ZROBIĄ WSZYSTKO

by wygrać wybory prezydenckie. Warto analizować to nawet nie z pozycji opozycyjnego Prawa i Sprawiedliwości, czy chęci budowy tzw. IV RP /czy ktoś jeszcze wie co to znaczy?/. Nie to w ostatecznym rachunku się liczy. Warto te wybory rozpatrywać z punktu widzenia fascynującej i niezmiernie silnej relacji braterskiej Lecha i Jarosława Kaczyńskich, chyba najzdolniejszych polityków ostatniego 20-to lecia. Bez względu na to jakim prezydentem jest Lech Kaczyński, tajemnicą poliszynela jest to, że najważniejsze decyzje polityczne i państwowe tak czy inaczej podejmuje Jarosław Kaczyński. Czy w takim razie start w wyborach prezydenckich Lecha Kaczyńskiego był, jest i będzie uczciwy? Czy nie powinno być tak, że to Jarosław, ten który dyryguje bratem, który podejmuje decyzje /chociażby te dotyczące Traktatu Lisbońskiego/, wreszcie powinien w tych wyborach stawić czoła polskiej opinii publicznej i nie chować się za spokojniejszego i budzącego mniej negatywnych emocji brata?

Jednak to obecny prezydent wystartuje w tych wyborach, właśnie za brata i dla brata. Zdaje on sobie sprawę, że lider PiS nie walczy już o władzę wykonawczą, że był już premierem i to mu wystarczy, że teraz jego jedynym dążeniem osobistym jest pozycja prezesa partii przez najbliższe 10 lat i trwanie w silnej opozycji. To wygodna pozycja dla wybitnego przecież stratega partyjnego, któremu premierostwo wyszło tak jak wyszło. Poza tym głównym dążeniem jest wywalczenie prezydenckiej reelekcji. Dla tego celu Jarosław Kaczyński zrobi wszystko, sprzymierzy się z każdym, dokona niewyobrażalnych zwrotów politycznych, jak koalicja z SLD w TVP. Dla tego celu zbierał przez ostatnie lata partyjne pieniądze, by móc je spożytkować na długą i bogatą we wszystkie skuteczne nowinki PR-owskie kampanię wyborczą. Ta kampania pochłonie wiele dziesiątków milionów złotych bez względu na kryzys.

Przecież z punktu widzenia Prawa i Sprawiedliwości, ale także budowy w przyszłości IV RP, start z ramienia tej partii innego polityka, chociażby Zbigniewa Ziobro, czy Joanny Kluzik Rostkowskiej albo Grażyny Gęsickiej, przyniósłby dużo lepszych efektów? Badania socjologiczne pokazują, że mieliby oni dużo większe szanse na drugą turę wyborczą. Co więcej taki nowy kandydat mógłby znacząco zmienić oblicze partii i nawet bez zwycięstwa wyborczego stać się twarzą wyborów parlamentarnych. Z takimi zmianami PiS mógłby myśleć o ponownym przejęciu władzy, a co za tym idzie budową IV RP, cokolwiek to dziś oznacza. Co więcej taka zmiana kandydata miałaby pozytywny wpływ na sytuację wewnętrzną w popadającej w coraz większy marazm partii. PiS jawi się dziś partią bez programu, bez „gabinetu cieni”, bez wytyczonej drogi powrotu do władzy, bez powszechnie rozpoznawalnych i mających społeczne poparcie polityków, bo wszystko to zastępuje wódz. Dla braci Kaczyńskich może to wystarczy. Dla PiS, a jeszcze bardziej dla Polski nie.

Lech Kaczyński tych wyborów już nie wygra. Wielu jego wyborców żałuje oddanego na niego głosu w 2005 roku. Tych wyborców nic nie przekona do popełnienia jeszcze raz tego samego błędu.

Więc może ktoś trzeci?

Kazimierz Marcinkiewicz
8 stycznia 2010
PS. - o pozostałych partiach, kandydatach i wydarzeniach następnym razem



» Polska - gospodarczym imperium

artykuł: "Polska gospodarczym imperium" ukazał się w "Polska the Times" 4 stycznia 2010

czy stworzymy polityczny i gospodarczy region?

W świecie gospodarczym Rosja jest niezmiernie istotnym, jednym z najważniejszych tzw. rynków wschodzących. Nie może to dziwić. Ogromny kraj mający ponad 140 mln mieszkańców, a więc i wielki rynek zbytu oraz dochodem narodowym ponad 2,3 bln dolarów. Przed kryzysem Rosja rozwijała się w tempie 5-8% PKB rocznie. Pomimo komplikacji politycznych i ciągle braku wolności, także gospodarczej, pomimo wielkiego zróżnicowania gospodarczego, Rosja nie może narzekać na brak zainteresowania inwestorów.

porównujmy się z Rosją

Jeśli porównamy Rosję z regionem CEE – Centralnej i Wschodniej Europy, to okaże się, że mamy do czynienia z bardzo podobnym potencjałem. 9 krajów od Polski do Rumunii i Bułgarii ma populację na poziomie 100 mln mieszkańców oraz dochód narodowy 1,8 bln dolarów. Ma jednak jeszcze coś więcej. Wszystkie nasze kraje są członkami Unii Europejskiej, wszystkie mają więc tę samą regulację i stabilizację prawną, polityczną i gospodarczą. Region powiększony o Ukrainę, która przecież kiedyś dorośnie politycznie do UE, staje się potencjalną potęgą. A Ukraina to kolejne 46 mln mieszkańców i 0,35 bln dolarów PKB.

Dlaczego więc inwestorzy nie patrzą z tak wielkim zainteresowaniem na region Europy Centralnej jak na Rosję? Przede wszystkim dlatego, że nie jesteśmy regionem w sensie politycznym i gospodarczym, a jedynie geograficznym. Gdy 4 lata temu negocjowałem budżet UE na lata 2007-2013, bezskutecznie próbowałem stworzyć regionalną koalicję. Każdy kraj stawiał sobie inne cele i wybierał innego silniejszego partnera spośród wielkich krajów UE, by osiągnąć swoje partykularne cele. Moja taktyka zmuszenia Unii do solidarności z nowymi krajami, przyniosła efekt dobry dla całego regionu. Wykorzystał to Donald Tusk do sformowania regionalnego poparcia dla polskich starań w sprawie emisji CO2.

potrzeba politycznego lidera

Gdybyśmy stworzyli w sensie politycznym i gospodarczym rzeczywisty region, stalibyśmy się dla świata gospodarczego podmiotem porównywalnym z Rosją i Brazylią. W ten sposób stalibyśmy się nie tylko silniejszym graczem w UE, ale także ważniejszym partnerem gospodarczym dla światowych potęg. Spełniłaby się przepowiednia analityka amerykańskiego Georga Friedmana z książki: „Następne 100 lat”, gdzie Polska staje się mocarstwem za 30 lat.

W sensie politycznym tworzenie regionu już się rozpoczęło i rząd Tuska odniósł pierwsze sukcesy. Należy kontynuować politykę ustalania wspólnych stanowisk dotyczących polityki unijnej w gronie grupy Wyszechradzkiej, państw bałtyckich oraz Rumunii i Bułgarii. Do polskiej prezydencji w UE należałoby przekształcić grupę wyszechradzką /Polska, Czechy, Słowacja i Węgry/ dopraszając pozostałe kraje regionu. Niebagatelną rolę może odegrać w tym względzie zarówno przewodniczący Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek, jak i komisarz ds. budżetu Janusz Lewandowski.

Właśnie budżet UE na lata 2014-2020 mógłby być najlepszym pretekstem do zacieśnienia współpracy regionalnej. Czy polski premier okaże się także liderem regionalnym? Czy zrozumie swoją rolę i znaczenie regionu dla kraju? Czy Prezydent RP, dziś zajęty wewnętrzną li tylko wojną, wykorzysta swoja pozycję do międzynarodowej regionalnej gry? Przekonamy się w ciągu najbliższych lat.

czy będziemy centrum gospodarczym?

W przypadku tworzenia regionu działania polityczne są konieczne, ale niewystarczające. Dziś polityka i gospodarka tworzą niejako dwie nogi dopiero gwarantujące równoważny rozwój. Niezbędne są działania gospodarcze wzmacniające gospodarczą pozycję regionu. Może zabrzmi to jak marzenie, jednak warto wyobrazić sobie możliwości działania nie tylko w Europie, ale także na świecie, chociażby w Iraku, czy Brazylii spółki powstałej z połączenia polskich PKN Orlen i PGNiG oraz węgierskiego MOL. Łatwo dostrzec możliwości współpracy takiego, regionalnego podmiotu z Rosjanami, Norwegami, czy Niemcami. Inna siła, inne możliwości, inny stopień bezpieczeństwa.

Znaczenie takiej pracy i korzyści z niej wynikające wspaniale pokazał Adam Góral rozbudowując właśnie do regionalnego, a dziś nawet europejskiego rozmiaru informatyczną spółkę Asseco Poland. Łatwo wyobrazić sobie podobne działania innych spółek sektora energetycznego, chemicznego, czy spożywczego. Zwłaszcza czas kryzysu sprzyja tanim przejęciom i efektywnym fuzjom.

regionalne giganty

Pewnie najważniejszy, bo podstawowy i ważny dla całej gospodarki jest sektor finansowy. Nasz krajowy ubezpieczyciel po uwolnieniu się z własnościowego, międzynarodowego klinczu, bardzo szybko staje się ważną europejską instytucją finansową i zapewne szybko urośnie do pozycji także regionalnego lidera. Jeszcze nie w najbliższym roku, ale pewnie nieco później przyjdzie także do logicznej fuzji największego w regionie węgierskiego OTP z PKO BP. Taka instytucja finansowa stanie się nie tylko ważnym graczem regionalnym, ale też liczącym się podmiotem europejskim.

Być może pierwszym krokiem w tworzeniu regionu w sensie gospodarczym byłoby powołanie przez oba banki pierwszego regionalnego banku inwestycyjnego. Bank taki mógłby wspaniale urosnąć wspomagając procesy prywatyzacyjne, modernizacyjne i integracyjne w regionie.

Najważniejsza rola w gospodarczej integracji regionu przypada jednak warszawskiej giełdzie. GPW urosła już do największej w Europie Centralnej i Wschodniej i rozwija się dynamicznie nawet w kryzysie. Nie jest jednak ciągle najważniejszym spoiwem tworzącego się zbyt powoli centrum gospodarczego i finansowego Europy Centralnej. Mądra prywatyzacja taki proces może znacząco przyspieszyć.

Nigdy nie mieliśmy w naszej historii imperialnych zapędów. Teraz jednak nadszedł czas odważnych decyzji i wizji wybiegających za polskie opłotki. Stworzenie regionu pod polskim przywództwem znacząco wzmocni Polskę i polską gospodarkę, a tym samym zwiększy naszą suwerenność.

Kazimierz Marcinkiewicz