» Polska potrzebuje zmian jak powietrza


Polska potrzebuje zmian jak powietrza


Dawno polscy ekonomiści komentujący życie gospodarcze nie byli tak zgodni w krytyce rządu jak obecnie. To zadziwiające, bowiem nawet w czasach rządów bardzo nieprzyjaznych gospodarce, takiego porozumienia nie było.
Co prawda zgoda dotyczy jedynie konieczności cięć wydatków, ale i to już bardzo dużo. Liberalno- konserwatywny rząd Donalda Tuska napotkał krytykę jakiej nie mógł się spodziewać.

Krytyka dotyczy konieczności cięć, ale nie jest to krytyka w pełni  konstruktywna, bowiem mało kto
jest w stanie wskazać, z których wydatków polskie państwo powinno zrezygnować.  Te decyzje krytykujący
pozostawiają najczęściej ministrowi finansów, lub wskazują jak zwykle hasłowo: KRUS, wiek emerytalny oraz wydatki socjalne. Zawsze najłatwiej zabierać najsłabszym, tym, którzy nie mają czasu na protesty.

Cięcia wydatków nie wystarczą

Niestety cięcia wydatków budżetowych nie wystarczą. Są bardzo potrzebne, ale tylko wówczas, gdy będą częścią większej całości. Reformy wymaga bowiem cały budżet i system finansowy naszego kraju. Podstawową sprawą
jest permanentne eliminowanie ustaw ustalających tzw. wydatki sztywne, czyli te, które są wyznaczane odrębnymi ustawami. Wydatki wojskowe, edukacyjne, wymiaru sprawiedliwości,  samorządowe, ale też wiele, wiele innych, są wyznaczane nie przez rząd w ustawie budżetowej, ale przez konkretne ustawy. Wydatki sztywne stanowią ponad 60% wszystkich wydatków. To powoduje, że rząd decyduje w gruncie rzeczy tylko o nieco ponad 30% wydatków
budżetowych. W normalnych warunkach proporcje powinny być odwrotne.

Kolejnym problemem jest sam budżet państwa. Z niewielkimi zmianami budżet naszego kraju jest konstruowany 
bardzo podobnie od dziesiątków lat. Dopóki nie wprowadzimy budżetu zadaniowego, czyli corocznego wyznaczania celów działania  państwa w poszczególnych obszarach i finansowania realizacji tych celów, dopóty nie będziemy mieli pewności, że panujemy nad państwem, że rząd rzeczywiście stawia sobie cele i stara się je osiągnąć, że rządzi rząd a nie przypadek.

Niezbędne wydaje się także uporządkowanie przychodów państwa. Po udanej reformie podatkowej Millera, polegającej na wprowadzeniu efektywnego i prostego podatku 19% dla firm oraz obniżeniu stawek podatkowych
od osób fizycznych do 18% i 32% wprowadzonych przez mój rząd, na zmiany czeka podatek VAT. Wprowadzenie jednolitej stawki w wysokości 18, 19 lub 20%% przyniesie dodatkowe dochody dla budżetu, ale też uprości system finansowy, przez co wyeliminowana zostanie  znaczącą część szarej strefy.

Polska ma  historyczną szansę

Dawno nie byliśmy w tak korzystnej sytuacji geopolitycznej i demograficznej, choć ta druga lada moment się skończy. Mamy dobre i polepszające się stosunki z naszymi sąsiadami. Odgrywamy coraz większą rolę na arenie międzynarodowej, zwłaszcza w Unii Europejskiej. Staliśmy się niekwestionowanym liderem Europy Centralnej. 
A co najważniejsze mamy ok. 10 milionów ambitnych, otwartych, całkiem nieźle wykształconych Polaków w wieku od 18 do 35 lat. Takiego potencjału nie ma żaden inny kraj europejski.

Podobnie wygląda nasza sytuacja gospodarcza. W tym roku osiągniemy niemalże 4% wzrostu gospodarczego, a w przyszłym roku osiągniemy niemalże 5%. Wzrost gospodarczy ma stabilne podstawy w konsumpcji, inwestycjach i eksporcie. Przy niskiej inflacji powoduje to dosyć szybkie nadrabianie zaległości wobec rozwiniętych krajów europejskich. Ciągle mamy rezerwy proste w kreowaniu wzrostu gospodarczego i świetnie prosperujące małe i średnie firmy rodzinne, nadające prędkości naszej gospodarce. Także zagraniczni inwestorzy cały czas bez wahania wydają miliardy  na inwestycje bezpośrednie i kapitałowe, doceniając sukces polskiej gospodarki, a pomijając larum polskich ekonomistów.

Podjąć trudne decyzje

Najważniejszym nierozstrzygniętym naszym problemem jest dokończenie reformy emerytalnej. Likwidacja KRUS oraz reforma emerytur tzw. mundurowych są zapewne najtrudniejszym polskim problemem, jednocześnie pozostałością sytemu komunistycznego. Nadszedł już czas by przekonać polską wieś, do wcielanie KRUS do ZUS, z jednoczesną ochroną socjalną dla najbiedniejszych rolników i ich rodzin. Być może warto też rozważyć likwidację wieku emerytalnego jako takiego. Żyjemy coraz dłużej, jesteśmy coraz zdrowsi i coraz więcej osób dobrowolnie
przedłuża sobie okres pracy. Z pewnymi ograniczeniami każdy samodzielnie wybierałby czas przejścia na emeryturę z pełną świadomością jej wysokości. Taka zmiana wymagałaby oczywiście zakazu pracy na emeryturze.

Wielkie rezerwy tkwią w różnych instytucjach i agencjach rządowych. Konsolidacja, likwidacja, restrukturyzacja, a nawet prywatyzacja mogłyby przynieść pożytek finansowy oraz usprawnić działania państwa wobec obywateli. Wystarczy wspomnieć Agencja Nieruchomości Rolnych, która zamiast sprzedawać ziemię, zamiast prowadzić politykę scalania i powiększania areałów, prowadzi politykę dzierżawy dla usprawiedliwienie konieczności swojego
istnienia.

Podobne oszczędności tkwią w Polskim systemie sądownictwa, najdroższym i jednym z najmniej efektywnych w Europie. Ogromna rzesza sędziów i innych pracowników sądownictwa, bardzo dobrze wynagradzanych, pracująca w
doskonałych warunkach /może nie zawsze w Warszawie/ i na dobrym nowoczesnym sprzęcie prowadzi sprawy kilka, a nawet kilkanaście lat. Wspólne decyzje pod przywództwem prezydenta, a z udziałem przedstawicieli środowiska sędziowskiego oraz rządu powinny prowadzić do zmian, nie tylko finansowych, ale także w skuteczności działania wymiaru sprawiedliwości.

Polityka oszczędności i porządkowania państwa wymaga stworzenia specjalnej polityki dla Śląska. Kosztowne dopłaty do górnictwa powinny być przeznaczone na program zamykania nierentownych kopalń, przekwalifikowywania górników, tworzenia nowoczesnej śląskiej strefy przemysłowej oraz prywatyzacji kopalń dochodowych. Wiele lat temu z powodzeniem podobne programy zostały przeprowadzone we Francji i Wielkiej Brytanii.

Rewolucja w szkolnictwie wyższym i nauce

Reformy związane z finansami państwa są dla przyszłości Polski niewystarczające. Konieczne jest wprowadzenie radykalnych zmian w polskim szkolnictwie wyższym i nauce. Środowiska naukowe 20 lat temu dokonały w
Polsce przełomu edukacyjnego, który radykalnie wzmocnił polski sukces gospodarczy i znaczący rozwój cywilizacyjny. Niestety był to jeden krok i spoczęcie na laurach. Dziś palącą potrzebą jest rewolucja w polskiej nauce.

Właściwie stały od lat postulat likwidacji PAN i stworzenia wzorem Finlandii narodowego funduszu nauki, ściśle współpracującego ze światem gospodarki, jest ciągle aktualny. Nasze nieliczne sukcesy naukowe najczęściej
powstają poza systemem, a ogromna rzesza młodych polskich naukowców pracuje w amerykańskich i zachodnioeuropejskich instytutach. Nawet stworzenie wzorem innych krajów, przed kilku laty instytucji około naukowych, ulokowanych na pograniczu nauki i gospodarki nie przyniosło rezultatu. Bez rewolucji nic się
nie zmieni, a nowy budżet UE w ogromnej większości będzie dedykowany właśnie na badania i wdrożenia, na nowoczesną technologię. Bez rewolucji w nauce nie będziemy do tej zmiany przygotowani.

Podobnie rewolucyjne zmiany powinny objąć szkolnictwo wyższe. Likwidacja habilitacji w celu odmłodzenia kadr i ułatwienia współpracy naukowej ze światem zewnętrznym, powinna być tylko pierwszym krokiem. W Polsce
niestety nie kształcimy elit. Nasze najlepsze uniwersytety nie są dostrzegane w świecie i zajmują najczęściej miejsca w czwartej setce uczelni świata. Wzmocnienie finansowe, kadrowe, organizacyjne kilku najlepszych polskich
uczelni jest palącą potrzebą chwili. Trudno dokonać tego bez wsparcia kadry profesorskiej, ale zbyt długie oczekiwanie i przekonywanie może nas zbyt wiele kosztować.

Kryzys gospodarczy spowolnił zmiany na świecie, wyhamował światowy rozwój oraz prowadzi do przegrupowania wagi światowych tendencji. Mamy kapitalne możliwości wykorzystać ten czas do nadrobienia zaległości, dogonienia
świata pod względem rozwoju gospodarczego. Mamy także niepowtarzalne możliwości przeskoczenia cywilizacyjnego rozwoju i skoku technologicznego, które postawią nasz kraj w nowej roli, gdy burza cywilizacyjna ustanie. Aby tego dokonać musimy „wyjść z piaskownicy”, musimy ignorować polityków zajmujących się tylko sobą, by wreszcie na poważnie zająć się Polską. Nikt tego za nas nie zrobi.


Kazimierz Marcinkiewicz





» Europejskie strefy kryzysowe

Europejskie strefy kryzysowe. Zatrzymany efekt domino?

Wystąpienie na Forum Ekonomicznym w Krynicy 2010

Na pytanie o Europejskie strefy kryzysowe i zatrzymanie efektu domino, jak rozumiem rozpoczętego w Europie w drugiej fazie kryzysu, po ujawnieniu danych o prawdziwej sytuacji finansowej Grecji, spróbuję odpowiedzieć trochę nie wprost. Myślę bowiem, że ciągle nie rozumiemy do końca przyczyn tego kryzysu. A jeśli nie rozumiemy, to często nie potrafimy znaleźć odpowiednich dróg wyjścia.


Światowy kryzys ujawniony drastycznie upadkiem banku Lehman Brothers – skąd się wziął? Kto go wywołał? Kto zawinił? Wbrew pozorom odpowiedź jest bardzo prosta – człowiek, oczywiście nie jeden człowiek. A dalej system, który ludziom na takie błędy pozwolił.

Który człowiek, którzy ludzie? Otóż za powstały kryzys obwiniam przede wszystkim polityków, liderów świata, rządzących największymi gospodarkami na świecie. To oni poprzez nadmierny wzrost wydatków, a następnie regulacje bankowe nadmuchali balon kredytowy, państwowy i prywatny, nad którym przestali panować. Wszyscy zaczęli dużo lepiej żyć kosztem przyszłych pokoleń. Politycy prześcigali się w dogadzaniu społeczeństwu, a instytucje finansowe w pomocy w realizacji tego dogadzania.


Wzorem Stanów Zjednoczonych, przecież lidera świata, poszły inne kraje, a wzorem swoich rządów poszli bankierzy próbujący znaleźć rozwiązania zabezpieczające ich przed nadmiernym ryzykiem i oczywiście szukający także w tej sytuacji maksymalnego zysku. Takie postępowanie doprowadziło do zachwiania podstawy wszystkich relacji, w tym relacji gospodarczych, czyli zaufania. Tak dzisiejszy kryzys jest kryzysem ZAUFANIA, kryzysem WIARYGODNOŚCI, zaufania do rządów, do rządzących, do instytucji finansowych. Nastąpił brak wiary w wiarygodność
instytucji państwa i instytucji finansowych.


Doskonałym przykładem jest już powszechnie znana  wypowiedź byłego premier Węgier Ferenca Gyurcsany. Niedługo po wygranych
wyborach parlamentarnych w 2006 powiedział:


“Żaden europejski kraj nie zrobił takich głupot jak my. Przecież kłamaliśmy przez ostatnie dwa lata.”/…/"Kłamaliśmy rano, kłamaliśmy wieczorem" /…/
"Nie możecie mi podać ani jednej rzeczy, z której moglibyśmy być dumni, poza tym, że mamy władzę" - Maj 2006rok.


Spójrzmy jednak na sytuację Grecji: 300 mld Euro – dług publiczny, tj. 115% PKB, 13% PKB deficyt budżetowy na 11 mln Greków, czyli ponad 27.000 Euro zadłużenia na 1 mieszkańca Grecji, przy średnich zarobkach 18.000 Euro rocznie. Gdyby wszyscy Grecy zrzekli się swoich pensji spłaciliby zadłużenie przez 1,5 roku. Nie udawajmy Greka, wiadomo, że to nie jest możliwe. W miastach Grecji mamy demonstracje i strajki przeciwko zamrożeniu plac. PKB Grecji wynosi ok. 260 mld Euro,  załóżmy wzrost gospodarczy nawet w wysokości 2,5%, choć dziś Grecja się zwija w tempie 1,5% kwartalnie, to spłaciłaby
swoje zadłużenie po ok. 40 latach. Tak, nie ma sensu udawać, Grecja jest właściwie bankrutem.


Problem w tym, że zaczęliśmy właściwie w całym świecie, ale szczególnie w krajach rozwiniętych, żyć w myśl greckiej właśnie zasady „carpe diem” – używaj dnia. Żyjemy dniem dzisiejszym i to nie w sensie osobistym, tylko w sensie państwowym. Mamy brak liderów z prawdziwego zdarzenia, liderów wizjonerów,
polityków troszczących się o dobro wspólne, wspólne, czyli także przyszłych pokoleń. Mamy kryzys przywództwa, tak kryzys zaufania jest właśnie kryzysem
przywództwa. Nasi liderzy świata są dziś „rozdawaczami”, pełnymi uśmiechu i troski o całe społeczeństwo” rozdawaczami” „ulotnego szczęścia dnia
dzisiejszego”. To szczęście właśnie pryska jak bańka mydlana.


Być może jest to poważniejszy defekt demokracji. Wybory co cztery lata właściwie zachęcają by podejmować decyzję dogodne na jedną kadencję, tak by zdobyć raczej poklask niż zaufanie i władzę na kolejna kadencję. Odpowiedzialność za decyzje polityczne sprowadza się w gruncie rzeczy tylko do odpowiedzialności politycznej, czyli utraty władzy, nawet nie dobrego imienia.


Podobnie w bankowości, czy innych instytucjach finansowych, zasada rocznych bonusów, czy zasada „success fee, sprowadza się do pracy na rzecz dnia dzisiejszego, krótkoterminowych, jak największych zysków, w gruncie rzeczy znów w myśl greckiej reguły: „carpe diem”.


To jest droga na manowce, droga prowadząca od kryzysu do kryzysu. Kryzysy co prawda są elementem rozwoju, są często motorem rozwoju, ale nie o taki permanentny kryzys chodzi. Dziś europejska składka na Grecję powstrzymała efekt domina, ale nadal tkwimy w tych samych praprzyczynach kryzysu: brak wiarygodności instytucji państwa i instytucji finansowych, brak zaufania do polityków i finansistów, trapiący nas w tych samych strukturach. Niejako mamy grząskie podłoże i rozciągającą się mgłę i ogromny ciężar zadłużenia na plecach. W takich warunkach nie pobiegniemy, bez względu na manipulacje walutą czy stopami procentowymi.


Mamy jednocześnie do czynienie z pewnego rodzaju sprawdzianem społecznym. Zobaczymy co pojawi się po kryzysie. Czy wygrają kraje które kontynuują dotychczasowa politykę rozdawnictwa, czy też obronna ręką z kryzysu wyjdą kraje odważnie wprowadzające niepopularne cięcia wydatków. W Polsce żyjemy spokojniej, bowiem zapędy naszych polityków chroni Konstytucja. Art.  216 polskiej Konstytucji zabrania zwiększenia długu publicznego powyżej 60% PKB. Ta zdrowa zasada ekonomiczna powinna być obowiązkowa w całej Unii europejskiej.





» list w sprawie podatków

Szanowny PanPanie


Jarosław Kaczyński

Prezes Prawa i Sprawiedliwości

Szanowny Panie Premierze,
z przykrością usłyszałem Pańskie słowa dotyczące wprowadzenia w naszym kraju stawek podatkowych 18 i 32 proc. Jestem przekonany, że doskonale Pan pamięta,
że projekt takich podatków powstał podczas kampanii wyborczej w 2005 roku. Odpowiadałem wówczas między innymi za cześć gospodarczą programu wyborczego
PiS. Dyskutowaliśmy o konieczności odpowiedzi na prezentowany przez PO projekt 3x15, czyli projekt podatku liniowego. Wymyśliłem wówczas, policzyłem i
zapisałem w programie, a Pan zaakceptował wprowadzenie podatku 18 i 32%, a następnie 18 i 28%. Musi Pan pamiętać  swój opór argumentowany m.in.
głosowaniem przez PiS za 50%c stawką podatkową. Wielokrotnie w kampanii wyborczej prezentowałem ten program i spierałem się publicznie z kolegami z PO
argumentując zalety naszej propozycji.

Gdy z Pańskiego nadania Parlament powołał mnie na prezesa Rady Ministrów, rozpocząłem realizację programu wyborczego. Najtrudniejszymi sprawami były
kwestie finansowe. Zwiększenie środków na opiekę społeczną, na wsparcie najbardziej potrzebujących i jednocześnie obniżenie podatków nie są proste do
wykonania. Postawiłem sobie to jednak za cel. Po powołaniu Pani Zyty Gilowskiej na ministra finansów miąłem dodatkowy kłopot, bowiem Pani Premier preferowała
wprowadzenie jednolitej stawki podatku VAT w wysokości  17-18%. Informowałem Pana Premiera o tym na naszych cotygodniowych spotkaniach. Udało
mnie się jednak namówić Panią Premier do mojego rozwiązania, czyli wprowadzenia 18 i 32% skali podatków osobistych w zamian za zmniejszenie odpisu na zasiłki chorobowe.

Później musiałem przeprowadzić przygotowane zmiany przez Radę Ministrów. Doskonale to pamiętam, bowiem była to najdłuższa, ponad 2 godz. trwająca RM z
dyskusją skupioną przede wszystkim na 50% stawce odpisu podatkowego dla twórców. Jednak Rada Ministrów pod moim kierunkiem uchwaliła te ustawę i pod
koniec czerwca skierowałem ją do Parlamentu.

Projekt ten nie był ulubionym projektem PiS-u, spotykał się też z dezaprobatą Pana Prezydenta. Właśnie wprowadzenie podatków osobistych 18 i 32% uważam za
największe swoje osiągniecie, gdyż w gruncie rzeczy zrealizowane wbrew polityce i politykom, którzy to zadanie realizowali w Parlamencie. Wykorzystałem spór z
PO oraz dobrą koniunkturę gospodarczą.


Zupełnie podobnie przedstawia się sprawa programów europejskich dla 5 wschodnich województw Polski. Programy te zostały wynegocjowane przeze mnie wraz z
nieodżałowanym ministrem spraw zagranicznych Stefanem Mellerem w Brukseli w 2005 roku w grudniu. Nawet Pan uznał wówczas, że odniosłem sukces. Dlaczego
dziś próbuje Pan zmienić fakty?

Panie Premierze

Doskonale Pan wie, że taka jest prawda. Rozumiem, że trudno Panu przyznać to publicznie, trudno pod moim adresem wypowiedzieć pozytywne słowa. Doskonale
jednak Pan wie, że  nie da się budować czegokolwiek pozytywnego, w tym zaufania społecznego bez prawdy, czy  poza prawą. Proszę więc więcej „nie
okradać” mnie z moich dokonań, z pracy, którą wykonałem bardzo solidnie współpracując z Panem.

Pozostaję z wyrazami szacunku

Kazimierz Marcinkiewicz





» Wspomnienie


Wspomnienie

W naszej polskiej historii właściwie nie ma dziesięciolecia bez tragicznych wydarzeń. A to wojny, a to powstania, a to zrywy wyzwoleńcze. Czasem miało to związek z naszym położeniem geopolitycznym, czasem z naszym dążeniem do wolności. Już po wojnie mieliśmy „swój” 1956, 68, 70, 76, 80-81 i wreszcie 89 rok. Później jeszcze wielka strata niezastąpionego Ojca Świętego. Ostatnio wydawało się, że weszliśmy w okres, gdy nic nam już nie zagraża, gdzie trudno spodziewać się kataklizmów. A jednak...

To co wydarzyło się 10 kwietnia jest narodową tragedią największą od czasów II wojny światowej.Na przestrzeni wieków najeźdźcy wielokrotnie zabijali lub wywozili naszepolskie elity. Czasem to ”brat podnosił rękę na brata” na polskich ulicach i placach. Tym razem polską elitę polityczną i wojskową, a trochę także

kulturalną, sportową i duchową, odebrał nam LOS.

Polska po tej tragedii, jak i po wszystkich poprzednich nie będzie już taka sama. Zmienimy się wszyscy. Ogromna, narodowa strata i ogromny cios dla całego społeczeństwa. Ta katastrofa, śmierć Prezydenta Polski i wielu, wielu innych zacnych osób będzie nas boleć, będzie przenikać społeczną tkankę do szpiku kości, zostanie piętnem na naszych sumieniach. Ta niezasłużona śmierć właśnie w tym miejscu, w Smoleńsku nieopodal Katynia przypomniała wreszcie całemu światu o 22 tysiącach polskich oficerów zamordowanych przez sowietów strzałem w tył głowy na początku II wojny światowej. Już nikt nie śmie nam wmawiać, że było inaczej. To straszne, ale może dla Polski ta „PIECZĘĆ” była potrzebna?

Tragedia smoleńska dała też szansę rehabilitacji Rosji. Po trzech dniach znów doszło do spotkania Putina z Tuskiem. W tych samym miejscu, ale w zupełnie innych okolicznościach. Rosja ten egzamin zdaje. Rosjanie wobec tej tragedii stanęli na wysokości zadania. Robią wszystko by w tej tragedii pomóc, by być przyjacielem w cierpieniu i bólu.

W tej katastrofie zginęli normalni, choć tworzący elitę ludzie, tacy żyjący pośród nas. Wielu z nich bardzo, bardzo wiele zawdzięczam. Z wieloma bardzo blisko współpracowałem. Bardzo wielu znałem. Po takiej stracie czuje się pustkę, której nikt nie zapełni. Wiem, że muszę się zmienić. Wiem, że ta tragedia musi mnie zmienić. Nie sposób też nie przytulić, nie ukoić w bólu choćby z daleka, choćby słowem lub gestem zrozpaczone, zapłakane rodziny, bliskich i znajomych.


Z Panem Prezydentem Lechem Kaczyńskim współpracowałem jako premier przez 7 miesięcy. Czasem się z Nim nie zgadzałem, nawet spierałem, niekiedy krytykowałem. Zawsze jednak bardzo Go ceniłem i szanowałem, był dobrym człowiekiem. Był wielkim polskim patriotą. Nie zapomnę Jego długich opowieści, czy historycznych dygresji. Pamiętał o wszystkich ważnych wydarzeniach z naszej, ale też europejskiej i światowej historii. Kochał Polskę i oddał naszemu krajowi swoje życie. Cenił Polaków i starał się dbać, szczególnie o ludzi pracy, o robotników, o warunki pracy. W specjalny sposób cenił kobiety. Właśnie takiego, wielkiego Polaka zachowam Go w swojej pamięci.

Pan Prezydent Ryszard Kaczorowski wspaniale wypełniał obowiązki reprezentanta Polski na uchodźstwie. Nasz podziw wzbudził sposób w jaki

przekazał władzę po odzyskaniu wolności w 1990 roku. Był już wówczas dla wielu z nas wzorem polityka służącego swojej ojczyźnie, traktującego politykę jako służbę. Na tej służbie pozostał do końca. Poznałem Pana Prezydenta jeszcze w Polsce. Nie zapomnę jednak nigdy naszych spotkań londyńskich i honoru obecności w Jego londyńskim domu.

Najlepsza „moja minister”.  Minister Grażyna Gęsicka to najlepszy specjalista od funduszy europejskich. To ona tworzyła nowe ministerstwo rozwoju regionalnego i uruchamiała cały trudny mechanizm wydatkowania tych funduszy. Przedzierała się przez polski gąszcz biurokracji z ogromnym zacięciem i wielką determinacją. Dzięki jej pracy dziś wydajemy miliardy Euro rocznie na polską infrastrukturę. Była przyszłością polskiej centroprawicy. Pewnie autostrada A2 powinna nosić Jej imię. Gdyby wszyscy politycy mieli inteligencję, fachowość, zaangażowanie i spokój Grażyny, żylibyśmy w raju.

Prezes Sławomir Skrzypek
wysłał mnie do Londynu. Jemu zawdzięczam ten globalny uniwersytet, który tu zdobywam. Zawsze konkretny, zawsze lojalny. Był świadectwem klasy Lecha Kaczyńskiego, bo żeby mieć tak oddanych współpracowników jak Sławomir, a nie był on jedyny, to trzeba mieć klasę.

Z Pawłem Wypychem pracowałem bardzo owocnie. Najpierw w rządzie w sprawach społecznych, później w Warszawie, gdzie był moim zastępcą. Wrażliwy, spokojny, o wielkiej wiedzy i nie mniejszych umiejętnościach. Prawdziwy „państwowiec” oddany Polsce i służbie ludziom bez reszty. Dla mnie po Zbigniewie Derdziuku i Władysławie Stasiaku symbol urzędnika państwowego. Nie dziwię się, że z Władysławem Stasiakiem pracowali wspólnie i tworzyli doskonały team. Mógł być szefem kancelarii nie jednego prezydenta, czy ministrem. Wszyscy go cenili.

Marszałek Krzysztof Putra
to prawdziwy człowiek kresów. Jak rzadko u polityków: co na myśli to na języku. Zawsze był podporą. Zawsze mogłem na Niego liczyć, wszyscy mogli na Niego liczyć. Był dla mnie wzorem polityka lokalnego. Wyjątkowo dbał o Białystok i Podlasie, ale nigdy kosztem całego kraju. Ze Stanisławem Komorowskim poznaliśmy się tuż przed powołaniem mojego rządu. Pomagał w formowaniu polityki zagranicznej, której główny nurt toczy się także dziś. Świetny znawca spraw europejskich i polityki obronnej. Prawdziwy dyplomata, a mimo młodego wieku urodzony ambasador.

Wiele razy moje polityczne drogi krzyżowały się z Marszałkiem Maciejem Płażyńskim. To niestety niewykorzystany lider. Miał charyzmę bycia

z ludźmi i rozumienia ludzi. Kilka razy myśleliśmy by w polskiej polityce zrobić coś wspólnie. Już nie zrobimy.

Generała Franciszka Gągora poznałem jako człowieka tak wielkiej kultury, że nikogo nie obrażając, nie chciało mi się wierzyć, że jest

żołnierzem. Przy tym jego fachowości wojskowej zawsze można było zaufać. Potrafił swoim spokojem i kompetencjami zjednywać dla spraw wojskowych
polityków rożnych odcieni. Wojsko Polskie straciło prawdziwego szefa.

Stanisława Zająca znałem od 20 lat. Różne wspólne historie, różne polityczne działania. Człowiek do końca oddany swojemu regionowi i Polsce.

Popierał drobne sprawy chciał zmieniać świat na lepsze i to zmieniać dla ludzi. Przez wiele lat był dla mnie politykiem z przeciwległego krańca Polski, a
jednak bardzo bliskim.

Aleksander Szczygło, Przemysław Gosiewski, Zbigniew Wassermann – budowaliśmy razem pod wodzą Jarosława Kaczyńskiego Prawo i Sprawiedliwość. Spory, nawet kłótnie, wspólne przedsięwzięcia, nawet wspólne „piwo”. Zbyszek był moim bardzo ważnym ministrem. Dobrze nam się współpracowało. Typ prokuratora, który za wszelką cenę musi dojść do prawdy. Przemek ważny organizator partii i wielu jego merytorycznych przedsięwzięć. Olek sprawny administrator, właściwie nie partyjny polityk, tylko człowiek z „ekipy Prezydenta”. To wielka strata dla PiS, dla całej prawicy, to strata dla Polski. Andrzeja Przewoźnika poznałem jakieś 10 lat temu. Potrafił współpracować ze wszystkimi. Sprawny organizator. Poświęcił życie naszej trudnej przeszłości.

Ks Bp Generał Tadeusz Płoski
zapadł w mojej pamięci poprzez płomienne, pełne patriotycznego zapału homilie. Był bardzo przyjacielski. Czuł Polskę i

kochał wojsko.

Katarzyna Doraczyńska współpracowała ze mną najpierw w kancelarii premiera, później w urzędzie Warszawy. Wspaniale współpracowała z

dziennikarzami. Potrafiła zorganizować każdy ważny przekaz. Do tego niezmiernie miła i bardzo, bardzo pracowita. Chciałoby się by właśnie tacy byli młodzi
polscy politycy. Pamiętam jak odchodziła na urlop macierzyński. Teraz już nie wróci.

Piotr Nurowski z Jego pasją bardzo osierocił polski sport olimpijski. Jego właśnie nie dotyczą słowa, że nie ma ludzi niezastąpionych.

Znałem Go wcześniej, ale specjalnie poznałem w czasie Igrzysk Olimpijskich w Turynie. Wspaniały organizator. Właściwie pasjonat sportu. Jak mało kto kochał
sportowców i poświęcił się dla nich. Był wspaniałym kompanem, z którym czas upływał niezauważalnie.

Janusz Kurtyka podjął się niełatwego zadania wyjaśniania niełatwej, pogmatwanej najnowszej historii Polski. Wiem, że starał się robić to

spokojnie i dokładnie. Czy jest to możliwe, gdy dotyczy żyjących? Poznałem go jako człowieka skrupulatnego i niezmiernie spokojnego.

Piotr Nosek był oficerem BOR. Nie zapomnę jego dyskrecji i stałej orientacji w tym co się wokół dzieje. Wzorowa bo niezauważalna służba.

Znałem oczywiście polityków lewicy: Marszałka Jerzego Szmajdzińskiego, Jolantę Szymanek-Deresz, Izabelę Jarugę-Nowacką. Kilkakrotnie rozmawiałem z Januszem Kochanowskim.

Znałem parlamentarzystów: Arkadiusza Rybickiego, Grzegorza Dolniaka, Aleksandrę Natalii-Świat, Wiesława Wodę, ministrów Tomasza Mertę i Andrzeja Kremera i kilka innych osób z Rodzin Katyńskich.

Niech dobry Bóg zaprowadzi ich do wiecznego szczęścia.

Kazimierz Marcinkiewicz

Warszawa 13 kwietnia 2010





» Wielka tragedia 10 kwietnia 2010

Składam wyrazy głębokiego współczucia rodzinom Tych, którzy zginęli w
dzisiejszej katastrofie lotniczej.
Łączę się w bólu i modlitwie.
Wieczne
odpoczywanie racz im dać Panie.   



» Polska 2010 - cd, czyli może ktoś trzeci


Polska 2010 –
cd, czyli może ktoś trzeci,


czyli co nas czeka w polityce i gospodarce?


Każdy rok, w którym odbywają się wybory prezydenckie, najbardziej prestiżowe i wyznaczające najbardziej trwały bo na 5 lat punkt na mapie politycznej Polski, jest ważny i ciekawy. Wszystko co będzie się działo w tym roku w polskiej polityce, będzie podporządkowane właśnie tym wyborom. Wszystkie inicjatywy polityczne i gospodarcze rządu i opozycji, będą podporządkowane prezydenturze, a kandydaci na ten reprezentacyjny urząd będą głównymi, aż do znudzenia postaciami życia publicznego. To właściwie rozpoczęło sie tuż przed grudniowymi świętami.


LEWICA CIĄGLE LEWA


Aleksander Kwaśniewski miał wielkie możliwości stworzenia w Polsce lewicy z prawdziwego zdarzenia, takiego mixtu nowoczesnej lewicy liberalnej z najzdrowszą tkanką lewicy postkomunistycznej, której był reprezentantem. Nie uczynił tego być może z lenistwa, być może ze zbytniej pewności siebie. Później podobną szanse od historii otrzymał Leszek Miller. Był taki moment, że lewica pod jego wodzą miała ponad 50% zaufania społecznego. Niestety nie okazał się zbyt silnym  liderem, nie potrafił powstrzymać afer i wojen frakcyjnych i swoją szansę zaprzepaścił.


Podobnych szans nie otrzymują Napieralski i Olejniczak. Pomimo zarzartych wewnętrznych bojów, czyli wbrew pozorom, świetnie się uzupełniają. Mają jednak podobny problem. Nie posiadają osobowości lidera. Są
zdolnymi politykami, ale nie będąc porywającymi liderami nie są w stanie zbudować lewicy z prawdziwego zdarzenia. Nie pomoże im także to, że z racji mocznikowych nie mają korzeni i przyzwyczajeń postkomunistycznych. Ważniejsze
jednak, że nie potrafią przedstawić lewicowego programu naprawy Polski. Ciągle bardziej wiarygodni w głoszeniu haseł socjalnych są Kaczyńscy, którzy w ogromnej mierze przejęli właśnie elektorat tęskniący za rozwiązaniami
gospodarczymi i społecznymi z poprzedniej epoki.

Wiarygodność wobec elektoratu ma w polityce podstawoweznaczenie. Stąd SLD dokonało w jakimś sensie wyboru mniejszego zła, czy rozwiązaniatymczasowego. Wystawienie w wyborach prezydenckich Jerzego Szmajdzińskiego maza zadanie jedynie utrzymanie stricte lewicowego i postkomunistycznego elektoratu. Jest defensywnym ruchem na dziś, a nie na przyszłość. Nie zbuduje tego lewicowego elektoratu także Tomasz Nałęcz, choć z punktu widzenia

lewicowego jest reprezentantem bardziej ideowego i postępowego środowiska. Zapewne w przyszłości będącego podstawą nowej lewicy. Ani w najbliższych wyborach prezydenckich, ani parlamentarnych lewica w obecnym kształcie nie odegra poważnej roli.


Obecnie jedynie Aleksander Kwaśniewski i Włodimierz Cimoszewicz mieliby możliwość odbudowania lewicy w naszym kraju. Nie zrobią jednak tego. Kwaśniewski , jak się zdaje, ma amerykańską obietnicę otrzymania
międzynarodowego stanowiska. Cimoszewicz zraził się do lewicowych polityków, na tyle że nie jest w stanie z większością z nich współpracować. Jeszcze jakiś czas elektorat lewicowy będzie więc wybierał socjalny program Kaczyńskiego.


WIEŚ MA SAMYCH SWOICH


Waldemar Pawlak jest bardzo zdolnym i przebiegłym politykiem. Doskonale rozumie, że jeszcze przez pewien czas polska wieś będzie potrzebowała swojej partii, politycznego wsparcia polityki utrzymywania rozwiązań niekoniecznie dla wsi dobrych, za to zgodnych z przyzwyczajeniami społeczności utrzymujących się z pracy  i życia na
wsi. PSL musi wystawić swojego kandydata w wyborach prezydenckich po to, by przeprowadzić kampanię prowadzonej przez siebie polityki, by ponownie zjednoczyć PSL-owski elektorat wokół partii, by podtrzymać zaufanie społeczne.


Trudno spodziwać się wyniku innego niż do 10% poparcia, a i tak wynik taki może uzyskać jedynie sam lider ludowców, jeśli zdecyduje się na kandydowanie. Można sobie co prawda wyobrazić sytuację rozszerzenia zaplecza
politycznego PSL-u, stworzenia z partii ludowej silnie obecnej na polskiej wsi, partii chadeckiej atrakcyjnej dla polski małomiasteczkowej i młodego pokolenia Polaków. Wymagałoby to otwarcia PSL-u na takie środowiska jak tworzona partia Dorna i Ujazdowskiego, czy ambitnej i wykształconej młodzieży.


Kampania prezydencka byłaby doskonałym pretekstem do pokazania zmienianego oblicza. Trudno przewidzieć jednak w jakim kierunku potoczy się ważna chyba tylko w tej polskiej partii wewnętrzna dyskusja i co dla stronnictwa zaproponuje premier Pawlak. Nietrudno przewidzieć, że partia Pawlaka może pozostać partią współrządzącą przez kolejne kadencje, wypełniając podobną funkcję do niemieckich liberałów, czy zielonych. Równie dobrze może
jednak zniknąć ze sceny politycznej.


KTO Z MAŁYCH UROŚNIE?


Po rezygnacji Donalda Tuska z kandydowania w tych wyborach prezydenckich rosną szanse „kogoś trzeciego”. Wątpliwe by rolę tę przejął poraniony Piskorskim Andrzej Olechowski, choć ze wzgledu na jego zdolności medialne i fakt, że media go lubią, pozostanie on przez długi czas liczącą się alternatywą. Trudno spodziewać się, aby Marek Jurek zebrał wielkie poparcie społeczne i inny niż strickte katolicki elektorat. Jak się zdaje taki też przede wszystkim jest jego cel: stać się ideowym i politycznym sumieniem katolików.


Zapewne kandydata wystawi Polska Plus. Gdyby nie zbyt  wczesne wystawienie Rafała Dudkiewicza przez to środowisko, i to wystawienie w wyraźnej opozycji wobec rozpoczynającej wówczas dopiero rządzenie Platformy
Obywatelskiej, byłby on doskonałym i zapewne od razu liczącym się kandydatem. Mógłby stać się ciekawą alternatywą dla Lecha Kaczyńskiego oraz odebrać część elektoratu PO. Nawet przejście do drugiej tury byłoby realne. Taki kandydat mógłby rozpocząć tworzenie nowego, liczącego się ośrodka politycznego wchodzącego klinem w dotychczasowy układ zarówno mniejszych partii SLD- PSL, jak i większych PO – PiS. Inny kandydat tego środowiska raczej nie odegra takiej roli.


Być może start któregoś z najlepszych samorządowców lub bisnesmenów mógłby naruszyć dotychczasowy układ społecznego paparcia. Już kiedyś Stan Tymiński wtargnął przebojem do drugie tury wyborów. Polacy mający
niskie zdanie o polskiej klasie politycznej pewnikiem daliby szansę komuś nowemu, interesującemu, świeżemu, komuś kto w innej sferze niż polityczna odniósł niezaprzeczalny sukces. Tacy ludzie jednak najczęściej omijają politykę wielkim łukiem.


ROK OBIETNIC

      

Wzorem amerykańskich kampanii prezydenckich, wszak z tych wzorów najbardziej czerpią polscy polityczni specjaliści od PR, kampania będzie długa i bardzo, bardzo ostra. Nic nikomu nie zostanie odpuszczone. Na
nikim przeciwnicy nie pozostawią „suchej nitki”. Kampania prezydencka będzie jak lokomotywa Brzechwy: „Najpierw powoli jak żółw ociężale....”, a później rozpędzi się do niespotykanych dotychczas prędkości i  bedzie trwać aż do jesieni, gdy nasze kartki wyborcze ją zatrzymają. 


Początkowo kandydaci będą szczególnie skwapliwie realizować swoją misję na dotychczasowych stanowiskach. Prezydent wraz z całą rodziną będzie uśmiechnięty i nieprawdopodobnie miły i przyjazny, będzie spoglądał do nas życzliwie ze wszystkich kolorowych okłądek,  a „spieprzaj dziadu” zastąpi „kochany dziadusiu”. Zrobi w tym roku więcej niż przez poprzednie 4 lata. Marszałek lub minister też będą się dwoić i troić by pokazać, jak wiele dotychczas dokonali, jak bardzo dbają swoją pracą-misją o dobro Polski i Polaków. Pozostali kandydaci udowodnią, że mają talenty o jakie do tej pory nikt ich nie podejrzewał. Może nawet Olechowskiego tabloidy przyłapią na noclegu na sianie w najbardziej zapadłej polskiej wsi, a Szmajdziński wyda naukowy esej o podstawach lewicowych solidarnej Polski.


„Ostra jazda bez trzymanki” rozpocznie się dopiero jesienią. Wówczas na placu boju pojawią się materiały specjalnie przygotowane i zostawione na tę okazję przez byłe, obecne i przyszłe służby. Jestem przekonany, że sprawa dziadka Tuska i sprawa Sawickiej, będą wyglądały jak zabawy przedszkolaków w piaskownicy, przy tym co nas czeka jesienią. Dlatego  nikt nie jest bez szans i wszystko się może zdarzyć.



Kazimierz Marcinkiewicz



 Warszawa, 8 lutego 2010





» Polska 2010 – ani Tusk, ani Kaczyński,

czyli co nas czeka w polityce i gospodarce?

Każdy rok, w którym odbywają się wybory prezydenckie, najbardziej prestiżowe i wyznaczające najbardziej trwały bo na 5 lat punkt na mapie politycznej Polski, jest ważny i ciekawy. Wszystko co będzie się działo w tym roku w polskiej polityce, będzie podporządkowane właśnie tym wyborom. Wszystkie inicjatywy polityczne i gospodarcze rządu i opozycji, będą podporządkowane prezydenturze, a kandydaci na ten reprezentacyjny urząd będą głównymi, aż do znudzenia postaciami życia publicznego. To właściwie rozpoczęło się tuż przed grudniowymi świętami.

Możemy się więc spodziewać, że wszyscy politycy będą nas kochać i szanować jak nigdy dotąd. Wszyscy zagwarantują nam świetlaną przyszłość, mlekiem i miodem płynący kraj. Wszyscy będą zatroskani tylko o nasze sprawy.

GOSPODARKA MOCNO NIE UCIERPI

i to z prostego powodu: obietnice nie bolą, dotyczą przyszłości, a nie teraźniejszości. Nie nastąpi co prawda wprowadzenie reform dotyczących finansów publicznych, bardzo ważnych, nawet podstawowych dla szybkości przyszłego rozwoju gospodarczego naszego kraju. Nikt nie będzie zajmował się zbyt wielkimi sztywnymi wydatkami w budżecie, ani rosnącym deficytem, a tym bardziej reformą KRUS, czy wczesnymi emeryturami. Powód jest prosty: w Polsce wszyscy chcieliby być na wcześniejszej emeryturze. Mój kolega w podstawówce na pytanie do jakiej szkoły chciałbyś pójść zawsze odpowiadał, że do technikum emeryckiego. Jednak rok 2010 będzie dla polskiej gospodarki rokiem lepszym od minionego.

Można przewidywać utrzymanie inflacji na dotychczasowym poziomie, a w drugiej połowie nawet niewielki jej spadek. Wzrost gospodarczy nieco przyspieszy i będzie utrzymywał się w okolicach 2,5% PKB, a drugiej połowie roku przekroczy 3%. I będzie to zapewne znów najlepszy wynik w Europie. Nie pozwoli to jednak na powstrzymanie, choć powolne, wzrostu bezrobocia, najbardziej dokuczliwego dla całego społeczeństwa. Polski złoty powinien się nieco umacniać, ale moim zdaniem na szczęście nie tak znacząco jak przewidują niektórzy ekonomiści, więc granica 4 zł za Euro będzie cały rok aktualna. Ciągle głównym problemem pozostanie bowiem możliwość wzrostu długu publicznego do 55% PKB. Co prawda grozi nam to jedynie w przypadku jakichś europejskich lub światowych kataklizmów lub naszych wewnętrznych błędów, ale i takiego rozwoju sytuacji wykluczyć się przecież nie da.

PRYWATYZACJA I INWESTYCJE

Jeśli utrzyma się poziom wewnętrznej konsumpcji, co wydaje się pewne oraz utrzyma lub zwiększy poziom eksportu, możliwy ze względu na ciągle nie zły dla eksporterów kurs złotego, to polska gospodarka będzie powoli wracać do swojego dobrego 5-6% tempa wzrostu. Najważniejsze okaże się tempo i zakres prywatyzacji oraz wykorzystanie środków Unii Europejskiej do zwiększania inwestycji. O to ostatnie przestałem już się obawiać, bowiem wydawanie tych funduszy staje się samograjem. Do wydania jest 67 mld Euro, a potrzeb choćby infrastrukturalnych wskazywać nawet nie trzeba. Jestem pewnie, że wydamy je co do grosza.

Kto wie, czy od pracy ministra skarbu w tym roku nie będzie zależała kondycja polskiej gospodarki w najbliższym czasie. Prywatyzacja ma dwa cele: modernizację i restrukturyzację firm poprzez pozyskanie właściciela oraz przysporzenie dochodów budżetowi państwa. Tak wielka prywatyzacja w tak trudnych warunkach zewnętrznych świata gospodarczego dopiero wychodzącego z kryzysu nie jest łatwa, a osiągnięcie obu celów na dobrym poziomie jeszcze trudniejsze. Prywatyzacja może się powieźć, może przynieść potrzebnych budżetowi 30 mld zł, gdyż Polska stała się modna i przewidywalna, co w świecie gospodarczym czasem jest najważniejsze. Oczywiście przychody z prywatyzacji są jednorazowe, natomiast pozyskanie zdrowych właścicieli i restrukturyzacja przyniesie efekty dla polskiej gospodarki w przyszłości.

PO - EGZAMIN DOJRZAŁOŚCI

Jeszcze kilka miesięcy temu wiadomo było, że Platforma Obywatelska wygra wybory prezydenckie, a po nich parlamentarne i będzie pierwszą w Polsce partią rządzącą drugą kadencję. Miałoby to ogromne znaczenie zarówno dla ugruntowania systemu politycznego, obrazu Polski w Europie, ale także dla kontynuacji reform i zmian w polskiej gospodarce. Dziś nie jest to już takie oczywiste. PO dotknięte zostało „kryzysem rządzenia”. Władza deprawuje. Nikt nie jest na to dostatecznie mocno zaszczepiony.

Cały czas Donald Tusk ma największe szanse na zwycięstwo prezydenckie. Nie jest to już takie oczywiste w odniesieniu do innych kandydatów tego obozu. Choć ciągle namawiałbym do wystawienia Komorowskiego, czy Sikorskiego. Zwłaszcza Sikorski wygrałby z obecną Głową Państwa „w cuglach”. Inny niż Tusk kandydat PO miałby szansę odciążyć Polaków od zbyt długiego i nudnego, a momentami groteskowego już personalnego sporu Tusk-Kaczyński. Każdy z nich miałby podobne do Tuska możliwości zwycięstwa, a jednocześnie odciążaliby Platformę od koniecznych decyzji dotyczących sukcesji po Tusku.

Konflikt premiera z Grzegorzem Schetyną nie rozbije Platformy, są zbyt wytrawnymi graczami by do tego dopuścić. Osłabienie jest jednak widoczne i może mieć swoje perturbacje po wyborach prezydenckich. PO nie uniknie pokazania w trakcie kampanii dalszych losów swojej formacji. Pytania o to kiedy odbędą się wybory parlamentarne, kto po Tusku zostanie premierem, a kto liderem PO są jak najbardziej zasadne. Donald Tusk będzie musiał na nie odpowiedzieć, wskazać swojego sukcesora, czy sukcesorów, by wygrać wybory, by zapewnić stabilizację polityczną, by swoich wyborców przekonać do swoich decyzji dotyczących przyszłości PO. Wydaje się, że dziś jedynym kandydatem gwarantującym stabilne przejście PO do nowej sytuacji oraz utrzymanie partii rządzącej w całości byłby Grzegorz Schetyna. Sprawdził się on bowiem nie tylko jako współorganizator partii i rządu pod wodzą Tuska, ale także jako minister i wicepremier, a teraz – co prawda nieco poraniony - ma szansę pokazać swoją klasę jako szef klubu parlamentarnego.

W obecnej sytuacji premier może dojść do przekonania, że po osłabieniu PO i rządu jedynie on jest w stanie stawić czoła prezydentowi. To nie wykluczone. Ma on także osobiste porachunki i chęć odegrania się za przegraną z przed 5-ciu laty– to zrozumiałe. Oba argumenty mogą okazać się osobiście dla Donalda Tuska najważniejsze. Nie można byłoby takiemu rozumowaniu odmówić racjonalności.

Może jeszcze ważniejsze jest to, że sygnały płynące z Polski wymagają poważnego potraktowania. Jeśli dziś społeczeństwo daje rządzącym żółtą kartkę, co uwidaczniają sondaże brakiem zaufania do rządu, to szanujący społeczeństwo polityk bierze to pod uwagę. Tusk powinien przeprowadzić szeroką rekonstrukcję gabinetu. Nie tylko personalną, ale także programową. Polska i Polacy potrzebują nowych nadziei, nowego zrywu, nowego zaufania. Po przejściu przez kryzys gospodarczy prawie suchą nogą, ale będąc ciągle przed wielkimi wyzwaniami stojącymi przed Polską, powołanie rządu najznamienitszych osobistości oraz ludzi młodego pokolenia pod wodzą Donalda Tuska, rozszerzających dotychczasowe zaplecze PO, byłoby moim zdaniem rozsądnym rozwiązaniem.

Po poważnych zmianach personalnych i programowych, rozpoczynając z nowymi nadziejami modernizację naszego kraju, czy to Tusk, czy inny polityk tego ugrupowania spokojnie wygrałby wybory prezydenckie, a sama Platforma kolejne wybory parlamentarne. W moim przekonaniu prezydencja Unii Europejskiej w drugiej połowie 2011 roku powoduje, że polską racją stanu powinno być przyspieszenie wyborów parlamentarnych na wiosnę 2011 roku.

KACZYŃSCY ZROBIĄ WSZYSTKO

by wygrać wybory prezydenckie. Warto analizować to nawet nie z pozycji opozycyjnego Prawa i Sprawiedliwości, czy chęci budowy tzw. IV RP /czy ktoś jeszcze wie co to znaczy?/. Nie to w ostatecznym rachunku się liczy. Warto te wybory rozpatrywać z punktu widzenia fascynującej i niezmiernie silnej relacji braterskiej Lecha i Jarosława Kaczyńskich, chyba najzdolniejszych polityków ostatniego 20-to lecia. Bez względu na to jakim prezydentem jest Lech Kaczyński, tajemnicą poliszynela jest to, że najważniejsze decyzje polityczne i państwowe tak czy inaczej podejmuje Jarosław Kaczyński. Czy w takim razie start w wyborach prezydenckich Lecha Kaczyńskiego był, jest i będzie uczciwy? Czy nie powinno być tak, że to Jarosław, ten który dyryguje bratem, który podejmuje decyzje /chociażby te dotyczące Traktatu Lisbońskiego/, wreszcie powinien w tych wyborach stawić czoła polskiej opinii publicznej i nie chować się za spokojniejszego i budzącego mniej negatywnych emocji brata?

Jednak to obecny prezydent wystartuje w tych wyborach, właśnie za brata i dla brata. Zdaje on sobie sprawę, że lider PiS nie walczy już o władzę wykonawczą, że był już premierem i to mu wystarczy, że teraz jego jedynym dążeniem osobistym jest pozycja prezesa partii przez najbliższe 10 lat i trwanie w silnej opozycji. To wygodna pozycja dla wybitnego przecież stratega partyjnego, któremu premierostwo wyszło tak jak wyszło. Poza tym głównym dążeniem jest wywalczenie prezydenckiej reelekcji. Dla tego celu Jarosław Kaczyński zrobi wszystko, sprzymierzy się z każdym, dokona niewyobrażalnych zwrotów politycznych, jak koalicja z SLD w TVP. Dla tego celu zbierał przez ostatnie lata partyjne pieniądze, by móc je spożytkować na długą i bogatą we wszystkie skuteczne nowinki PR-owskie kampanię wyborczą. Ta kampania pochłonie wiele dziesiątków milionów złotych bez względu na kryzys.

Przecież z punktu widzenia Prawa i Sprawiedliwości, ale także budowy w przyszłości IV RP, start z ramienia tej partii innego polityka, chociażby Zbigniewa Ziobro, czy Joanny Kluzik Rostkowskiej albo Grażyny Gęsickiej, przyniósłby dużo lepszych efektów? Badania socjologiczne pokazują, że mieliby oni dużo większe szanse na drugą turę wyborczą. Co więcej taki nowy kandydat mógłby znacząco zmienić oblicze partii i nawet bez zwycięstwa wyborczego stać się twarzą wyborów parlamentarnych. Z takimi zmianami PiS mógłby myśleć o ponownym przejęciu władzy, a co za tym idzie budową IV RP, cokolwiek to dziś oznacza. Co więcej taka zmiana kandydata miałaby pozytywny wpływ na sytuację wewnętrzną w popadającej w coraz większy marazm partii. PiS jawi się dziś partią bez programu, bez „gabinetu cieni”, bez wytyczonej drogi powrotu do władzy, bez powszechnie rozpoznawalnych i mających społeczne poparcie polityków, bo wszystko to zastępuje wódz. Dla braci Kaczyńskich może to wystarczy. Dla PiS, a jeszcze bardziej dla Polski nie.

Lech Kaczyński tych wyborów już nie wygra. Wielu jego wyborców żałuje oddanego na niego głosu w 2005 roku. Tych wyborców nic nie przekona do popełnienia jeszcze raz tego samego błędu.

Więc może ktoś trzeci?

Kazimierz Marcinkiewicz
8 stycznia 2010
PS. - o pozostałych partiach, kandydatach i wydarzeniach następnym razem



» Polska - gospodarczym imperium

artykuł: "Polska gospodarczym imperium" ukazał się w "Polska the Times" 4 stycznia 2010

czy stworzymy polityczny i gospodarczy region?

W świecie gospodarczym Rosja jest niezmiernie istotnym, jednym z najważniejszych tzw. rynków wschodzących. Nie może to dziwić. Ogromny kraj mający ponad 140 mln mieszkańców, a więc i wielki rynek zbytu oraz dochodem narodowym ponad 2,3 bln dolarów. Przed kryzysem Rosja rozwijała się w tempie 5-8% PKB rocznie. Pomimo komplikacji politycznych i ciągle braku wolności, także gospodarczej, pomimo wielkiego zróżnicowania gospodarczego, Rosja nie może narzekać na brak zainteresowania inwestorów.

porównujmy się z Rosją

Jeśli porównamy Rosję z regionem CEE – Centralnej i Wschodniej Europy, to okaże się, że mamy do czynienia z bardzo podobnym potencjałem. 9 krajów od Polski do Rumunii i Bułgarii ma populację na poziomie 100 mln mieszkańców oraz dochód narodowy 1,8 bln dolarów. Ma jednak jeszcze coś więcej. Wszystkie nasze kraje są członkami Unii Europejskiej, wszystkie mają więc tę samą regulację i stabilizację prawną, polityczną i gospodarczą. Region powiększony o Ukrainę, która przecież kiedyś dorośnie politycznie do UE, staje się potencjalną potęgą. A Ukraina to kolejne 46 mln mieszkańców i 0,35 bln dolarów PKB.

Dlaczego więc inwestorzy nie patrzą z tak wielkim zainteresowaniem na region Europy Centralnej jak na Rosję? Przede wszystkim dlatego, że nie jesteśmy regionem w sensie politycznym i gospodarczym, a jedynie geograficznym. Gdy 4 lata temu negocjowałem budżet UE na lata 2007-2013, bezskutecznie próbowałem stworzyć regionalną koalicję. Każdy kraj stawiał sobie inne cele i wybierał innego silniejszego partnera spośród wielkich krajów UE, by osiągnąć swoje partykularne cele. Moja taktyka zmuszenia Unii do solidarności z nowymi krajami, przyniosła efekt dobry dla całego regionu. Wykorzystał to Donald Tusk do sformowania regionalnego poparcia dla polskich starań w sprawie emisji CO2.

potrzeba politycznego lidera

Gdybyśmy stworzyli w sensie politycznym i gospodarczym rzeczywisty region, stalibyśmy się dla świata gospodarczego podmiotem porównywalnym z Rosją i Brazylią. W ten sposób stalibyśmy się nie tylko silniejszym graczem w UE, ale także ważniejszym partnerem gospodarczym dla światowych potęg. Spełniłaby się przepowiednia analityka amerykańskiego Georga Friedmana z książki: „Następne 100 lat”, gdzie Polska staje się mocarstwem za 30 lat.

W sensie politycznym tworzenie regionu już się rozpoczęło i rząd Tuska odniósł pierwsze sukcesy. Należy kontynuować politykę ustalania wspólnych stanowisk dotyczących polityki unijnej w gronie grupy Wyszechradzkiej, państw bałtyckich oraz Rumunii i Bułgarii. Do polskiej prezydencji w UE należałoby przekształcić grupę wyszechradzką /Polska, Czechy, Słowacja i Węgry/ dopraszając pozostałe kraje regionu. Niebagatelną rolę może odegrać w tym względzie zarówno przewodniczący Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek, jak i komisarz ds. budżetu Janusz Lewandowski.

Właśnie budżet UE na lata 2014-2020 mógłby być najlepszym pretekstem do zacieśnienia współpracy regionalnej. Czy polski premier okaże się także liderem regionalnym? Czy zrozumie swoją rolę i znaczenie regionu dla kraju? Czy Prezydent RP, dziś zajęty wewnętrzną li tylko wojną, wykorzysta swoja pozycję do międzynarodowej regionalnej gry? Przekonamy się w ciągu najbliższych lat.

czy będziemy centrum gospodarczym?

W przypadku tworzenia regionu działania polityczne są konieczne, ale niewystarczające. Dziś polityka i gospodarka tworzą niejako dwie nogi dopiero gwarantujące równoważny rozwój. Niezbędne są działania gospodarcze wzmacniające gospodarczą pozycję regionu. Może zabrzmi to jak marzenie, jednak warto wyobrazić sobie możliwości działania nie tylko w Europie, ale także na świecie, chociażby w Iraku, czy Brazylii spółki powstałej z połączenia polskich PKN Orlen i PGNiG oraz węgierskiego MOL. Łatwo dostrzec możliwości współpracy takiego, regionalnego podmiotu z Rosjanami, Norwegami, czy Niemcami. Inna siła, inne możliwości, inny stopień bezpieczeństwa.

Znaczenie takiej pracy i korzyści z niej wynikające wspaniale pokazał Adam Góral rozbudowując właśnie do regionalnego, a dziś nawet europejskiego rozmiaru informatyczną spółkę Asseco Poland. Łatwo wyobrazić sobie podobne działania innych spółek sektora energetycznego, chemicznego, czy spożywczego. Zwłaszcza czas kryzysu sprzyja tanim przejęciom i efektywnym fuzjom.

regionalne giganty

Pewnie najważniejszy, bo podstawowy i ważny dla całej gospodarki jest sektor finansowy. Nasz krajowy ubezpieczyciel po uwolnieniu się z własnościowego, międzynarodowego klinczu, bardzo szybko staje się ważną europejską instytucją finansową i zapewne szybko urośnie do pozycji także regionalnego lidera. Jeszcze nie w najbliższym roku, ale pewnie nieco później przyjdzie także do logicznej fuzji największego w regionie węgierskiego OTP z PKO BP. Taka instytucja finansowa stanie się nie tylko ważnym graczem regionalnym, ale też liczącym się podmiotem europejskim.

Być może pierwszym krokiem w tworzeniu regionu w sensie gospodarczym byłoby powołanie przez oba banki pierwszego regionalnego banku inwestycyjnego. Bank taki mógłby wspaniale urosnąć wspomagając procesy prywatyzacyjne, modernizacyjne i integracyjne w regionie.

Najważniejsza rola w gospodarczej integracji regionu przypada jednak warszawskiej giełdzie. GPW urosła już do największej w Europie Centralnej i Wschodniej i rozwija się dynamicznie nawet w kryzysie. Nie jest jednak ciągle najważniejszym spoiwem tworzącego się zbyt powoli centrum gospodarczego i finansowego Europy Centralnej. Mądra prywatyzacja taki proces może znacząco przyspieszyć.

Nigdy nie mieliśmy w naszej historii imperialnych zapędów. Teraz jednak nadszedł czas odważnych decyzji i wizji wybiegających za polskie opłotki. Stworzenie regionu pod polskim przywództwem znacząco wzmocni Polskę i polską gospodarkę, a tym samym zwiększy naszą suwerenność.

Kazimierz Marcinkiewicz